piątek, 2 maja 2008
Czekam z utesknieniem , kiedy....
nowy felieton Mareckiego będzie można przeczytać w necie i przerzucić tu na stronę. Chce żeby wszyscy zobaczyli co to jest kamikadze, bojownik o - do granic... Super. Obawiam się , że Mareckiego czeka już wpierdol ze wszystkich stron :)
niedziela, 16 marca 2008
Hong Kong ma reklamę gorszą od Krakowskiej...
Klimat z białą panią rzucającą się na żóltego pana i odskakującą... Jakieś dziwne tropy klasowe, neokolonialne etc.
A poza tym kiczor na maxa. Max maxxx.
Tak się patrze na siebie i wychodzi mi
że ja hobby nie mam.
Ostatnio mam nową pasję. Kryminalistyka rozwijająca się tylko w obrębie Las Vegas. Przy okazji - nowe miasto do kochania się w.
Trupy, temperatura wątroby, tajemnicze proszki oraz elektryka na poziomie basic - dzięki temu serialowi zdekonstruowałam i naprawiłam wtyczkę antenową: ze zwykłej ciekawości i świadomości mocy. Do ciał się jeszcze nie dobieram. Na szczęście. Za to planuje wycieczkę do Vegas. Tylko co zrobię jak nikt tam przede mną nie padnie trupem? Nie odkopię ciała na pustyni?
CSI Las Vegas. Genialne :) :):) Uzależnia!
Ostatnio mam nową pasję. Kryminalistyka rozwijająca się tylko w obrębie Las Vegas. Przy okazji - nowe miasto do kochania się w.
Trupy, temperatura wątroby, tajemnicze proszki oraz elektryka na poziomie basic - dzięki temu serialowi zdekonstruowałam i naprawiłam wtyczkę antenową: ze zwykłej ciekawości i świadomości mocy. Do ciał się jeszcze nie dobieram. Na szczęście. Za to planuje wycieczkę do Vegas. Tylko co zrobię jak nikt tam przede mną nie padnie trupem? Nie odkopię ciała na pustyni?
CSI Las Vegas. Genialne :) :):) Uzależnia!
Dyscyplina
Zawsze tak było. Gdyby dyscyplina była tylko krótkim narzędziem zakończonym niechybnym skutkiem - łatwiej b mi było ja posiąść. Nigdy mi się to nie udało. Gdy zastanawiam sie nad listą moich daily habitów na myśl przychodzą mi tylko miłosne, podyktowane raczej uczuciem niż dyscypliną... Może gdybym była matką umiałabym jakieś wykształcić?
Stąd brak wpisów. Tak przynajmniej mi sie wydawało, kiedy zaczynałam ten wpis. Potem przyszło mi do głowy coś innego. Stochastycznośc to raz - leży już w nazwie tego bloga. Coraz większa samoswiadomość to dwa.
Ja wiem , że nie chce pisać bloga wiec go nie piszę. Mimo, że to fajne, że przyjaciele chcą czytać.
Parę dni temu okazało sie, że mogę lecieć na tydzień do Hong Kongu. Właściwie wszystko było: czas/pieniądze/bilet/chęć. Byłam już prawie mentalnie w podróży. 10 dni u Wong Kar Waia. I nagle mnie oświeciło: niezależnie od tego jak najzajebistsza nie jawiłaby się obiektywnie ta podroż JA NIE CHE JECHAC. Ta świadomość - i to, że sobie na nią pozwoliłam nie myśląc o tym co powiedzą inni :) Jestem sobą. Może po raz pierwszy od dawna. Nasycam czas.
To trochę tak po chorobie i 3 dniach z goraczką podczas których zobaczyłam wszelkie możliwe zacieki na suficie... Trochę po wędrówkach w czasoprzestrzeni.
I nawet wtedy, kiedy to piszę włącza się przypadkiem telefon w kieszenie Karola chodzącego po Nowym Jorku i podsłuchuję sobie jak chodzi po ulicach Wielkiego Jabłka. Nawet bez Hong Kongu życie jest fajnym stworem.
Stąd brak wpisów. Tak przynajmniej mi sie wydawało, kiedy zaczynałam ten wpis. Potem przyszło mi do głowy coś innego. Stochastycznośc to raz - leży już w nazwie tego bloga. Coraz większa samoswiadomość to dwa.
Ja wiem , że nie chce pisać bloga wiec go nie piszę. Mimo, że to fajne, że przyjaciele chcą czytać.
Parę dni temu okazało sie, że mogę lecieć na tydzień do Hong Kongu. Właściwie wszystko było: czas/pieniądze/bilet/chęć. Byłam już prawie mentalnie w podróży. 10 dni u Wong Kar Waia. I nagle mnie oświeciło: niezależnie od tego jak najzajebistsza nie jawiłaby się obiektywnie ta podroż JA NIE CHE JECHAC. Ta świadomość - i to, że sobie na nią pozwoliłam nie myśląc o tym co powiedzą inni :) Jestem sobą. Może po raz pierwszy od dawna. Nasycam czas.
To trochę tak po chorobie i 3 dniach z goraczką podczas których zobaczyłam wszelkie możliwe zacieki na suficie... Trochę po wędrówkach w czasoprzestrzeni.
I nawet wtedy, kiedy to piszę włącza się przypadkiem telefon w kieszenie Karola chodzącego po Nowym Jorku i podsłuchuję sobie jak chodzi po ulicach Wielkiego Jabłka. Nawet bez Hong Kongu życie jest fajnym stworem.
niedziela, 17 lutego 2008
Przeglądarka- podglądarka.
Moje ulubione momenty w podróży to zawsze wejście w życie innej osoby. Przypadkiem.
Podglądam, podsłuchuję - wiem, że do momentu jak tego nie widać - nie zrobię tym krzywdy osobie , której nigdy więcej w życiu nie spotkam.
Japonka, która pisze - jeszcze z trudem - pamiętnik po angielsku: o tym, że smutno jej , bo wysłała walentynkę do samej siebie, bo nie ma teraz chłopaka... I że w Japonii "life was just about fun" ale teraz już wie, że jeśli bezie z chłopakiem , to po to, żeby dał jej poczucie bezpieczeństwa...
I jeszcze Pakistanka lat 15 , która odbiera telefon od rozhisteryzowanej matki, która otworzyła list do niej od chłopaka. Mała jest niewzruszona: pełen mejkap, ta bezczelność brytyjskiej nastolatki połączona z poczuciem honoru lub po prostu gigantyczną pewnością siebie. Pyta, czemu list został otworzony, czy ojciec brał w tym udział. Każe matce przeczytać sobie list na głos. I mówi: mamo, myśl logicznie - co wynika z tego listu. Bo dla mnie jest jasne , że ta cipa jęczy, bo mnie NIE przeleciał. No? No widzisz. Dzięki, że podzieliłaś sie ze mną swoimi uczuciami - kończy z lodowata twarzą. Po czym wraca do frytek.
Podglądam, podsłuchuję - wiem, że do momentu jak tego nie widać - nie zrobię tym krzywdy osobie , której nigdy więcej w życiu nie spotkam.
Japonka, która pisze - jeszcze z trudem - pamiętnik po angielsku: o tym, że smutno jej , bo wysłała walentynkę do samej siebie, bo nie ma teraz chłopaka... I że w Japonii "life was just about fun" ale teraz już wie, że jeśli bezie z chłopakiem , to po to, żeby dał jej poczucie bezpieczeństwa...
I jeszcze Pakistanka lat 15 , która odbiera telefon od rozhisteryzowanej matki, która otworzyła list do niej od chłopaka. Mała jest niewzruszona: pełen mejkap, ta bezczelność brytyjskiej nastolatki połączona z poczuciem honoru lub po prostu gigantyczną pewnością siebie. Pyta, czemu list został otworzony, czy ojciec brał w tym udział. Każe matce przeczytać sobie list na głos. I mówi: mamo, myśl logicznie - co wynika z tego listu. Bo dla mnie jest jasne , że ta cipa jęczy, bo mnie NIE przeleciał. No? No widzisz. Dzięki, że podzieliłaś sie ze mną swoimi uczuciami - kończy z lodowata twarzą. Po czym wraca do frytek.
sobota, 16 lutego 2008
Najfajniejszy moment w Londynie
następuje kiedy zdycham już kompletnie - straszą mnie duchy z przeszłości w postaci autobusu numer 3 i przeklinam swoją rosyjską duszę : pomieszanie melancholii(gdy samemu) i energetycznego optymizmu (z ludźmi). Przeklinam to, że nigdy nie umiałam zakupować w Topshopie i zostać w Starbucksie dłużej niż 15 min. Przeklinam tłumy i rozpadające sie miasto. Ratuję się w Urban Outfitters. W sekcji SALES znajduję album Tracy Emin za 75$ przeceniony na 24 funty. Postanawiam go dźwignąć do domu. Do samolotu.
Zawsze bardziej lubiłam Sarah Lucas. Teraz jakoś - po Biennale V i po obejrzeniu jej niezwykle kruchych obrazków przed i po - aborcyjnych, po zobaczeniu paru video i poczytaniu jej bezsensownych felietonów w Guardianie (omg jak ja bym chciała takie trocinowe bzdury pisać jak ona) coraz bardziej ją lubię.
"Today is your lucky day" powiedziała Włoszka za kontuarem , a ja popatrzyłam na nią wzrokiem wisielca zastanawiając sie czy połozy mi głowę konia wieczorem do łózka (Sliwka nie byłaby zachwycona) i mysląc - co ty istoto w modsowskim autfice wiesz o rozterkach gorszych od smutku Nikity Michałkowa nad kondycja kina? Ja tu się nad sobą użalam, swojego towarzystwa znieść nie mogę , snuje sie jak zjawa a ty mi tu z "laki dej"?
Pani cos wymamrotała, kończyło się to na "for" więc powiedziałam, że wiem , że dwadzieścia cztery, że spoko.... A ona , że for i for. I okazałao się że za 3 kg zadrukowanego papieru z przedmową Jeanette Winterson i wielka pożywką dla już dogasającej rozżalanki nad my cunt condition płace 4 funty. Spłynęła na mnie łaska i nosić musiałam tę cegłę przez najblizsz kilometrogodziny Soho.

Album jest jednak obłędny. Tracy Emin jest niezwykłą mieszanką. Gdyby produkowano piwo o smaku himalajskiej herbaty robionej z samych tipsów, to gdybyśmy dołożyli kroplę olejku z 1000 róż i wrzucili do tego peta - to może byłoby to coś podobnego.
Na wschodzie są jednak swietne miejsca...
2 cm deski
Dziś na zajęciach z Wendo rozpierdoliłam grubą deskę na dwa kawałki swoją własną ręką.
Siły miałam tyle, że gdyby była grubsza - też nie byłoby problemu.
Ale nie o to chodzi.
Chodzi o to, że zobaczyłam - jak w soczewce - jak do tego podeszłam. Mogłam sobie prześledzić jak w slow motion proces podejmowania decyzji. Ze do zadania podchodzę pierwsza - jeśli wiem, że CHCE. Ze nie wierze w siebie i to, że cos robie dobrze od razu, bo dwa razy chcę poprawiać uderzenie ;) Ze jak zaufam intuicji, naturze i głośno krzyknę przy tym , to mogę bez bólu zrobić dużo. Wiem kiedy sie boję, waham i że do przebicia deski podchodziłam 7 lat. I gdyby nie cosiedmioletnie wietrzenie życia i złe rzeczy - to bym jej nie przebiłam.
Wiem o falstartach i zwalnianiu przy mecie.
A jak juz mi całe zycie staneło przed oczami, spłakałam sie i wykrzyczałam swoją radośc i na 2 minuty byłom boginia dla całej sali ;) to mi nie mogła wyjśc z głowy ta piosenka Kayah.
A rozwalanie deski gorąco polecam. Sosna - to jest to.
sobota, 9 lutego 2008
Subskrybuj:
Posty (Atom)